RSS

Lego i teatrologia

03 Lip

Drodzy i Drogie!

Zdjęcie autorstwa Normana Yeunga - źródło

Zdjęcie autorstwa Normana Yeunga (źródło)

Czerwiec nie był łaskawy dla moich blogowych planów, zbyt dużo działo się na uczelni. Ale to już za mną i mogę znów częściej się tu pojawiać, zaczynając od wskrzeszenia zaplanowanej miesiące temu pseudoserii.

Dawno, dawno temu spisałem tekst pod tytułem Credo scenarzysty: sposób myślenia. Opowiadałem w nim o tym, jakie korzyści dla swojego erpegowania można wyciągnąć ze spisywania scenariuszy, zwłaszcza przeznaczonych do publikacji. Dzisiaj zaś chcę zająć się zagadnieniem od innej, bardziej osobistej strony – napisać, czemu uważam spisywanie scenariuszy i innych erpegowych materiałów za cenne i ciekawe.

Pewnego razu Cooperator Veritatis zapytał mnie, czemu twórczo zajmuję się prawie wyłącznie erpegami mimo tego, że moje pomysły powinny się też dobrze sprawdzić w literaturze. Ze zdziwieniem odkryłem wtedy, że mam na to jasną odpowiedź – wolę wykorzystywać swoje pomysły w erpegach, bo uwielbiam klocki Lego. To znaczy – bo lubię rzeczy, które są w jakiś sposób interaktywne, a zarazem niedokończone, wymagają dalszej obróbki przez odbiorcę i dają mu sporo swobody w tym, jak ta obróbka ma wyglądać.

Pytanie Cooperatora padło po tym, jak opowiedziałem mu o następującej sesji: gracze byli grupą zblazowanych wiktoriańskich okultystów, którzy omyłkowo przyzwali ducha Kuby Rozpruwacza. By Kuba przestał ich dręczyć musieli zniszczyć wszystkie ślady rytuału, który go wezwał. Jedna z postaci miała sen o tym obrzędzie jeszcze przed jego odbyciem i namalowała go, ale to było ustalone przy tworzeniu postaci i graczom wydawało się elementem klimatu, wiktoriańską kliszą nawiedzonego artysty. Oczywiście obraz ten był zarazem jednym ze śladów rytuału. Na szczęście dla siebie dość szybko zorientowali się, że tak może być i zniszczyli go, ale miałem w głowie różne scenariusze zależne od tego, czy i kiedy się zorientują, że powinni to zrobić.

I, prawdę mówiąc, bez tego ta sytuacja nie byłaby dla mnie ciekawa – po co wymyślać taki zwrot akcji tylko po to, by potem samemu ustalić, czy bohaterowie historii go zauważą? Ten i wiele innych pomysłów jest dla mnie interesujących głównie jako „zawieszone potencjały”, coś, co wprowadzam w świat zależący nie tylko ode mnie i co dzięki temu może się rozwiązać na różne sposoby. Lubię też to, że przygotowując pomysły na sesję nie tworzę ich raz, a dobrze – mogę je naszkicować, potem zmodyfikować, przygotować różne opcje i wreszcie wymyślić na sesji coś zupełnie nowego. To naprawdę są klocki, które można dowolnie ułożyć. I mało co jest tak miłe, jak to, gdy ktoś inny ułoży je w fajny sposób, na który zupełnie bym nie wpadł.

Kilka miesięcy temu Robert Eisenbardt napisał na Facebooku o tym, jak prowadził moje Dary Trzech Wiedźm i pewien łotrzyk celowo znokautował się o belkę w piwnicy, by uniknąć otrzymania jednego z tytułowych podarunków. Ja sam nigdy bym nie wpadł na to, by opisać takie wydarzenie w scenariuszu jako przykładowe rozwinięcie akcji. Mam też wrażenie, że bo to mogło się zadziać, by łotrzyk musiał się aż ogłuszać, Robert musiał dać wiedźmie dużo większą moc, niż planowałem, by miała – i oczywiście jest to w porządku, zwłaszcza, że Dary są przygodą bezsystemową i zawierają tylko ogólne wskazówki co do mechaniki. Przeczytanie o tym, jak Robert je rozwinął było naprawdę miłe.

Na tę fascynację interaktywnością, niedokończeniem i szansą na ułożenie rzeczy po swojemu nakłada się u mnie jeszcze jedna fascynacja, ważna zarówno w moim życiu erpegowym, jak i naukowym. Jestem mianowicie z wykształcenia i zawodu teatrologiem (a właściwie kulturoznawcą ze specjalizacją w teatrze i widowiskach), a w związku z tym bardzo interesują mnie granice między tekstem a wydarzeniem. Moja praca w dużej mierze polega właśnie na opisywaniu wydarzeń – nie tylko spektakli, gdyż współczesna teatrologia jest blisko związana z performatyką, czyli szerszą „antropologią działania”, badaniem rzeczy, które istnieją, gdy się dzieją. I w niej, i w zajmowaniu się erpegami bardzo interesuje mnie to, jak oddać w dokumencie – tekście, infografice, prezentacji czy nawet nagraniu – coś, czego właściwie nie da się opisać, co jest unikatowym doświadczeniem.

W pisaniu scenariuszy i innych pomocy do gry ważne jest właściwie odwrotne pytanie – nie chodzi o to, jak opisać wydarzenie, a raczej, jak stworzyć tekst, który będzie podstawą lub przynajmniej ważną częścią czegoś, co dopiero ma się wydarzyć. Bardzo lubię zastanawianie się nad tym przy tworzeniu przygód, przewidywanie różnych wersji wydarzeń i proponowanie prowadzącemu reakcji na nie, ale chyba najbardziej lubię projektowanie elementów, przy których przewidywanie wszystkich możliwych opcji nie ma sensu, bo z założenia jest ich za dużo – postaci, miejsc i zdarzeń, z którymi gracze mogą wejść w różne interakcje. Bawi mnie przygotowywanie nie tyle różnych scenariuszy tego, jak akcja się potoczy, co raczej elementów, które same będą przygotowane na różne scenariusze. Dlatego często od liniowych scenariuszy wolę opisywać skomplikowane sytuacje, BNów z mnóstwem zdolności i powiązań oraz inne rzeczy, które mogą zagrać na sesji na wiele sposobów, dostarczyć prowadzącemu materiałów do zaimprowizowania mnóstwa różnych rozwiązań.

Moje teatrologiczne „pochodzenie” sprawia zresztą, że oprócz pisania scenariuszy bardzo interesuje mnie opisywanie tego, co dzieje się na moich sesjach. Ostatnio próbowałem tu na różne sposoby dzielić się takimi doświadczeniami i zorientowałem się, że coraz bardziej interesuje mnie nie tylko tekstowe raportowanie wydarzeń, ale też próba pokazania tego, co się działo w sposób bardziej bezpośredni – cytowanie fragmentów sesji, pokazywanie scenariusza i rekwizytów, konsultowanie z graczami tego, co właściwie napisać… kilka takich przykładów można znaleźć w moich tekstach z serii Odcinki Specjalne, zwłaszcza tu i tu.

Być może kiedyś spróbuję nawet nagrywać sesje, choć mam wrażenie, że to byłoby zbyt inwazyjne. Chcę się dzielić moim erpegowym doświadczeniem, ale kamera czy dyktafon mogłyby wpłynąć na samą grę, sprawić, że odbieralibyśmy ją mniej jak zabawę, a bardziej jak eksperyment. Co zresztą zahacza o inne interesujące pytanie – jak dobrze dokumentować wydarzenia, nie zaburzając ich?

Nie mam żadnej szczególnej puenty dla tego tekstu, trudno podsumować tego rodzaju wynurzenia. Zakończę więc po prostu tym, że ani pisanie scenariuszy, ani pisanie o grach mi się nie nudzi i już wnet będę mógł się z Wami podzielić nowymi efektami obu tych pisań.

 

 

 

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 3 lipca 2016 w Scenopisarstwo

 

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: